Rozpoznanie: Ranking Trzeciego Wieku

Starość nie radość, młodość nie wieczność. NA SZCZĘŚCIE. Każdy wiek ma swoje prawa i problemy, ale jedno w tym powiedzeniu jest ważne i nadaje niewątpliwego uroku – młodość NA SZCZĘŚCIE nie wieczność. Gdyby nie przemijanie, nie zyskalibyśmy życiowego doświadczenia, a ponadto (tak, tak, ośmielamy się tak mówić) nie widzielibyśmy, jak toczą się dalej losy wspaniałych aktorów, nie znalibyśmy wielu niezapomnianych ról i porywających filmów. Judi Dench, Maggie Smith, Vanessa Redgrave, Julie Andrews, Helen Mirren, Shirley McLane, Betty White, Michael Gambon, Alan Arkin, Michael Caine, Ian McKellen, Richard Jenkins, Anthony Hopkins, Max von Sydow, Christopher Lee… To bardzo ubogi spis nazwisk aktorów i aktorek, którzy niezmiennie nas zachwycają i których kariery bezsprzecznie dowodzą, że z wiekiem mogą stawać się coraz lepsi. Wybieranie trzech ulubionych filmów spośród tak ogromnego dorobku wielu znakomitych aktorów jest naprawdę bezlitosne. Ale jak mus, to mus, dlatego kilka filmów czy poszczególnych ról, które wyjątkowo zapadły w pamięć komandowej braci prezentujemy tutaj:

Paulina Czerniak

 

„Debiutanci” („Beginners”, 2010) to jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat. Tytuł dość przewrotny, biorąc pod uwagę, że ważną rolę w fabule odgrywa Christopher Plummer – świetny Kanadyjski aktor, który w tym roku obchodzi 86 urodziny (w roku premiery „Debiutantów” stuknęła mu okrągła osiemdziesiątka!). Film ten nie zdobył szalonej popularności (w Polsce przeszedł trochę bez echa), nawet mimo licznych nominacji i nagród, zdobytych przez twórców i aktorów (między innymi Oscara za drugoplanową rolę, który powędrował właśnie do Plummera). Warto jednak po niego sięgnąć. To rodzaj tego filmu, który z pozoru wydaje się lekki, jednak porusza ważne tematy, które w życiu często spychane są na boczne tory. To komedia, która mimo doprawienia kilkoma gorzkimi kroplami, nadal potrafi podnieść na duchu i przekonać widza, że na nic nigdy nie jest za późno!

Drugim filmem, który z przyjemnością umieszczam na tej liście, jest „Spotkanie” („The Visitor, 2007)”. Kolejny film, który nie jest znany szerokiemu gronu publiczności, a szkoda. Ja usłyszałam o nim kilka lat temu za sprawą nominacji do Oscara, jaką za główną rolę w nim otrzymał Richard Jenkins. Film sam w sobie nie odnosi się problemu starości, a średnia wieku aktorów nie przekracza czterdziestki (choć Jenkins wcielając się w postać profesora Waltera Vale’a miał ukończone 60 lat). Mimo to dotyka problemu różnic, zarówno tych pokoleniowych, jak i związanych z przynależnością bohaterów do innych kręgów kulturowych. To ciepła opowieść o niezwykłej przyjaźni, która połączyła zmęczonego i znudzonego życiem profesora i dwójkę ludzi dopiero zaczynających żyć (dosłownie, w nowym mieście, do którego wyemigrowali oraz w warstwie metaforycznej, jako osoby na progu dorosłości).

Ostatni tytuł, jaki muszę przywołać, to produkcja skierowana co prawda głównie do dzieci, ale oparta na genialnym scenariuszu, który potrafi poruszyć serca także tych nieco starszych i bardziej doświadczonych widzów. Mowa tu o „Odlocie” („Up”, 2009). Jako komedia, bawi do łez, ale sprawdza się tak samo dobrze jako dramat. Delikatnie wprowadza najmłodszych w temat przemijania, starzenia się i śmierci, pokazując jednocześnie, że w każdym dorosłym jest trochę dziecka, którego marzenia mogą być spełnione niezależnie od wieku. To lekcja pokory także dla dorosłych, którzy nie raz zdają się zapominać o czasach, kiedy sami mieli kilka, kilkanaście lat i głowę pełną pomysłów.


Dagmara Witkowska

„Władca Pierścieni”. Hobbici, ludzie, elfowie, krasnoludowi, orki, stwory, potwory oraz dwoje dziadków, którzy mimo zaawansowanego wieku, potrafią skopać niejeden tyłek. Mowa oczywiście o  Gandalfie i Sarumanie. Chciałabym w ich wieku (a wiecie do ilu lat dożywają czarodzieje??) mieć tyle energii. Dwoje starszych panów, Ian McKellen i Christopher Lee, którzy zagrali już w niezliczonych filmach, uznali, że czemu nie – zagrają czarodziejów,  a później, w wieku dobrze przekraczającym siedemdziesiątkę, powtórzyli to w Hobbicie. Obudzili do życia postacie z kart Tolkienowskiej twórczości i wykreowali tym samym jednych z najlepszych bohaterów filmowych wszechczasów, których moim zdaniem nie da się zastąpić. Razem z Lordem Vaderem i kilkoma innymi, w kreacji postaci, które stały się ikonami popkultury, podnieśli poprzeczkę niezwykle wysoko i prawdopodobnie nie będzie łatwo im dorównać.

A jak dorosnę, będę Gandalfem.

„Czekolada”. Historia kobiety, która związana klątwą, trafia do małej, hermetycznej miejscowości i otwiera cukiernię łącząc i dzieląc jednocześnie miejscowych ludzi, a przy okazji znajdują akceptację wśród innych, wyalienowanych mieszkańców. Poza bezczelnie kuszącymi widokami Johnny’ego Deppa tysiąca wersji czekolady, film ten posiada coś więcej – charyzmatyczną Judi Dench grającą okropnie upartą babcię. Kto takiej nie ma? Ta jest wyjątkowo nieznośna – niespecjalnie akceptowana przez lokalną społeczność i własną córkę, jest zawzięta, je czekoladę, cieszy się życiem, mimo wszystko, i jako jedyna rozumie swego wnuka, a także od początku koleguje się z główną bohaterką.  Film pokazuje, że czasem warto schować swoje zdanie i dumę w kieszeń, bo może być za późno, by naprawić relacje z bliskimi, a starszych osób nie sposób zmienić – należy kochać i szanować takich, jakimi są, bez względu na poziom uporu.

„Mała Miss”. Alan Arkin gra tu dziadka, który cudem (a raczej dzięki pewnym używkom) wytrzymuje ze swoją wkurzającą rodziną, która nie ma czasu ani nawet chęci zainteresować się najmłodszym członkiem rodziny – dziewczynką, której marzeniem jest wzięcie udziału w wyborach miss. Czego się nie robi dla swoich wnuków? Dla dziadka to nie problem i przygotowuje ją do tego wydarzenia. A jeśli w grę wchodzi nawet wymyślenie układu tanecznego dla wnuczki, starszy pan podejmie się tego wyzwania. Rodzina wyrusza w podróż, by mała miss wzięła udział w konkursie i jak w każdym filmie drogi, wyprawa ta wiele ich nauczy. A postać wykreowana przez Arkina część tych zmian zapoczątkuje. Połączenie motywu rodzinnego, kina drogi i wyborów miss brzmi nieco niefortunnie, ale nic bardziej mylnego. To ponownie słodko-gorzka historia o miłości do rodziny, o szacunku i chęci rozumienia i słuchania.


Marika Kaiser

Głównym bohaterem „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” jest mały (strasznie przemądrzały, momentami nieznośnie irytujący) Oscar, który stara się odnaleźć zamek, do którego pasowałby pewien niesamowicie ważny klucz. W wędrówce przez ulice Nowego Jorku towarzyszy mu tajemniczy, milczący jegomość. Owym starszym panem jest grany przez Maxa von Sydowa „lokator” mieszkający u babci Oscara (w rolę babci wciela się Zoe Caldwell i jest to babcia absolutnie cudowna, z pełnym zaangażowaniem wchodząca w każdą przygodę Oscara i rozmawiająca z nim nocami przez walkie-talkie!). Bohater Maxa von Sydowa jest na wpół pomocnikiem na wpół mentorem chłopca. Często, czyniąc mu zupełnie na przekór, przekomarzając się z nim (co wcale nie jest takie proste, gdyż „Lokator” jest niemy, a ze światem kontaktuje się tylko za pomocą karteczek, choć i one byłyby zbędne, gdyż von Sydow potrafi wyrazić absolutnie każdą emocję używając do tego jedynie mimiki) uczy go, jak przezwyciężyć dotychczasowe lęki. „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to wzruszająca historia o godzeniu się ze stratą, a dzięki roli Maxa von Sydowa staje się również filmem o międzyludzkich relacjach.

Zaledwie 45 letni Paolo Sorrentino potrafi opowiadać o trudach i radościach jesieni życia jak nikt inny. Choć niewątpliwie największym dziełem w jego dorobku jest „Wielkie piękno”, ja wybrałam do tego zestawienia jego najnowszy film, niesłusznie pozostającą w cieniu swojego poprzednika „Młodość” (o której niektórzy malkontenci piszą, iż nie jest niczym więcej poza ucztą dla oczu i wierzcie mi lub nie, mylą się przeogromnie i zwyczajnie chyba nie wsłuchiwali się w dialogi i wyszli przed cudowną końcówką). Fred (Michael Caine) światowej sławy emerytowany kompozytor i Mike (Harvey Keitel) tworzący swoje opus magnum reżyser to długoletni przyjaciele, którzy wypoczywają w podalpejskim kurorcie, gdzie poddają się rozmaitym zabiegom, wędrują po malowniczo usytuowanych wzgórzach, lecz przede wszystkim rozmawiają – o problemach z oddawaniem moczu, miłosnych perypetiach swoich i dzieci, trudnościach z pamięcią itp. Wyłaniający się z ich dialogów obraz starości jest dość niejednoznaczny. Z jednej strony jest to ciągła walka z własnymi ułomnościami, nieuchronny schyłek życia, którego w żaden sposób nie da się zatrzymać (nie można nawet uciec we wspomnienia, gdyż pamięć okazuje się boleśnie zawodna), z drugiej jednak jest to moment spełnienia, gdy z nieosiągalną wcześniej mądrością, spokojem i zrozumieniem patrzymy na otaczający nas świat. Fred i Mike znajdują się idealnie pomiędzy tymi dwoma skrajnymi obrazami jesieni życia, a dzięki niewątpliwej finezji i plastyczności, z jaką Sorrentino przedstawia starość otrzymujemy jej obraz totalny.

Trzecia filmowa propozycja w tym, zdecydowanie zbyt krótkim, zestawieniu, to kolejny aktorski „pojedynek” wagi ciężkiej. Tym razem na ringu stają Morgan Freeman i Jack Nicholson, którzy w „Choć goni nas czas” pokazują środkowy palec śmierci i wszystkim tym, którzy uważają, że starość to już tylko sentymentalne podróże w przeszłość, oglądanie dorastających wnuków, bujanie się w fotelu przed telewizorem i obserwowanie toczącego się obok życia, które już nijak nas nie dotyczy.
Umierający Edward i Carter poznają się w szpitalu i zamiast ubolewać nad swoim losem postanawiają czerpać z życia pełnymi garściami póki starczy im na to sił. Choć film Roba Reinera nie jest dziełem wybitnym, ja wybitnie go lubię, gdyż przedstawia dobrze nam znane „prawdy” – wszyscy kiedyś umrzemy, więc powinniśmy nauczyć się cieszyć każdym dniem, spełniać marzenia i żyć pełnią życia, gdyż w każdej chwili może nam to zostać odebrane – w taki sposób, iż zaraz po seansie chwytamy za kartkę i spisujemy wszystkie rzeczy, które chcielibyśmy zrobić przed śmiercią (a nawet jeśli nie zrobiliście tego zaraz po seansie, to na pewno pomyśleliście, że to genialny pomysł i od jutra zaczynacie realizować wszystkie dotychczasowe marzenia).

 

Wielu aktorów nieco młodszego pokolenia zaczyna zmierzać w tym kierunku, co aktorzy przez nas wymienieni. Pozostaje nam mieć nadzieję, że ich kariery potoczą się równie ciekawie. Bo jak widać, wiek nie jest żadną przeszkodą. Zatem wszystkim babciom i dziadkom – tym znanym z kina i osobistym gwiazdom naszego codziennego życia – życzymy wszystkiego najlepszego z okazji ich święta!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s